Makro Beer Fest Maribor 2017


Pod koniec września, po 680 kilometrach, 10 godzinach jazdy samochodem, kontroli celnej na granicy czesko-austriackiej, a także paru kawach wypitych na przystacyjnych parkingach, razem z ekipą Szpunta dotarłem na festiwal piwa w Mariborze. Drugie pod względem wielkości miasto w Słowenii, z liczbą 95 tysięcy mieszkańców oraz najstarszą winnicą na świecie i piękną zabytkową starówką, nie mogło ujść naszej uwadze. W tym roku odbywała się tam druga edycja największego słoweńskiego festiwalu piwa, na którym zagościły browary z Węgier, Bułgarii, Serbii, Austrii, Chorwacji, a także rodzime browary rzemieślnicze ze Słowenii. My byliśmy jedynymi reprezentantami Polski i trzeba przyznać, że wielu osobom zaimponowaliśmy.

Punktem startowym naszego wyjazdu była Zduńska Wola - główna siedziba Szpunta, z której Dawid i Paweł wyruszyli o 5 rano. Po czterech godzinach jazdy chłopaki zgarnęli mnie do swojego busa i już mogliśmy kierować się w stronę czeskiej granicy. Później dość długi kurs przez Czechy i Austrię i na 19 byliśmy w Mariborze. Dla mnie był to już drugi raz, kiedy pojawiłem się w tym mieście w ciągu jednego miesiąca. Po szybkim rozpakowaniu sprzętu i towaru, mogliśmy ze spokojem napić się piwa razem z piwowarami z Węgier, Austrii, Serbii i Słowenii, którzy w czwartkowy wieczór zgromadzili się w jednym z lokalnych pubów. Maribor nie oferuje zbyt dużego wyboru - jedna uliczka, na której rozmieszczone są najpopularniejsze kawiarnie oraz parę miejsc przy głównym placu miasta - to wszystko na co można liczyć jeśli chodzi o możliwość napicia się lanego piwa. Co jest jednak na plus - piwo rzemieślnicze można dostać w każdym z tych miejsc. Nieważne gdzie się usiądzie, zawsze można liczyć na craft z jednego ze słoweńskich browarów.


Piątkowy poranek upłynął nam na rozkładaniu i przygotowaniu stoiska, a sam festiwal rozpoczął się dopiero w okolicach godziny 13. Wcześniej główny plac miasta zajmowali lokalni rolnicy, którzy co tydzień o tej samej porze sprzedają mieszkańcom Mariboru swoje produkty. Większość browarów była rozstawiona na specjalnie przygotowanych drewnianych stoiskach, wykorzystywanych przy tego typu okazjach. My jako jedyni rozstawieni z brandowanym namiotem i rollbarem szczególnie przykuwaliśmy uwagę, a Szpuntowe leżaczki ani przez chwilę nie pozostawały puste. 

Pierwszy dzień upłynął w błyskawicznym tempie i co najważniejsze w kulturalnej atmosferze. W ciągu 12 godzin festiwalu na palcach jednej ręki można było policzyć osoby, którym było już "zbyt gorąco". Z drugiej strony - większość osób sięgała po 100-mililitrowe próbki, czym ciężko było się wprowadzić w stanie wskazujący. Oczywiście jak na każdym festiwalu, tak i tutaj zdarzyły się osoby, które ciężko będzie wymazać z pamięci. Wśród nich był m.in. gość który zgubił gdzieś swoje 100 żetonów (sprzedaż piwa odbywała się na żetony), a w zamian zdobył gdzieś ananasa, z którym nie rozstawał się ani przez sekundę. Jak się pewnie domyślacie - próbował kupować za niego piwo, co u niektórych mu się udawało ;) Były też osoby, które na hasło "Polska" przybijały piątkę, wspominały skoki Adama Małysza w Planicy czy opowiadały o wizytach w Polsce - m.in. w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy... Nowym Sączu! Reakcje były naprawdę pozytywne, co tylko umilało spędzanie czasu na stoisku i polewanie piwa gościom festiwalu. Drugi dzień - sobota - upłynął podobnie do pierwszego. Tym razem jednak ludzie śmielej przychodzili i pytali o nasze piwa. Największe wrażenie swoją barwą i teksturą robił Mangonel, o którego dostawaliśmy najwięcej pytań. 


Jak wspominałem wcześniej, piwo można było kupować za żetony, które dostępne były na stoisku festiwalowym. Wartość jednego wynosiła 50 eurocentów, a ceny piwa wystawcy ustalali według własnego uznania. Do tego warto było sięgnąć jeszcze po festiwalowe szkło za 5 euro, które pochodziło z fabryki z Krosna. Polskie szkło na słoweńskim festiwalu - tego jeszcze nie było. 

Wśród piw, które pojawiły się na festiwalu w Mariborze można było śmiało wysnuć trend na te lekkie i z niską goryczką. Nawet wszelkie interpretacje India Pale Ale wydawały się mniej gorzkie i chmielowe od tych znanych z wykonań polskich piwowarów. Niemniej rynek piw rzemieślniczych w Słowenii jest wciąż młody i tutejsi konsumenci dopiero kształtują swoje wyobrażenie o smaku innym niż koncernowy Union lub Laško. Dużą paletę stylów i smaków prezentowali m.in. węgierski Mad Scientist, austriacki Next Level Brewing, a także słoweńskie Pelicon, Mali Grad, tworzący dzikie piwa Barut czy mariborski browar Lobik. 


Oprócz obsługiwania stoiska Szpunta i sprzedawania piwa, miałem też okazję do snucia się między stoiskami i próbowania piw z innych browarów. Spośród wszystkich piw jakie pojawiły się na festiwalu, pierwszego dnia moją uwagę szczególnie przykuły: Salto - Pale Ale z serbskiego browaru o tej samej nazwie - bardzo rześkie, sesyjne i przyjemnie chmielowe; Mango Bay z Mad Scientist - przypominające tartę z dodatkiem mango i marakui, zwieńczone soczystym słodkawym finiszem; Jail Break - New England IPA z Next Level, które razem z Dawidem ochrzciliśmy austriackim Juicy Delight - rześkie, chmielowe i na maksa owocowe; Wheat or without you - pszeniczny Robust Porter z browaru Mali Grad - gładki, palony i przyjemnie wytrawny; Veliki IPA z browaru Pelicon - Triple IPA ze świeżą chmielową nutą, genialnie ukrytym alkoholem, a także gęste w konsystencji, a jednocześnie lekkie w odbiorze. Drugi dzień rozpocząłem od wizyty na stoisku browaru Ressel, który wystartował kilkanaście tygodni przed festiwalem - średnie w odbiorze Golden Ale, nieco lepsze Pale Ale z przyjemną nutą chmielu oraz bardzo wyraziście palony Porter były dobrym punktem do próbowania kolejnych piw. Mursalski Red Ale z bułgarskiego Ah! Brew Works zaskakiwał wyraźnie taninowo-kwiatowym smakiem, który pochodził od dodatku bułgarskiej herbaty podobnej w swoim działaniu do niebieskiej pigułki (choć po wypiciu piwa takiego działania nie stwierdzono); później w szkle pojawił się Wild Card z Mad Scientist zdominowany przez rabarbarowo-melonowy smak - piwo tak jak Mango Bay przypominające tartę z owocami; dzień zakończyłem Sour Ale z Lobika, które przypominało nieco ruskiego szampana wymieszanego z cydrem, ale swoją kwaśnością potrafiło nieźle wykrzywić. 

Od lewej: Mursalski Red Ale z Ah! Brew Works, Bulgarian Pale Ale z Ah! Brew Works,
Salto Pale Ale z browaru Salto, Sampjon z Lobik Brewery
Od lewej: Porter, Golden Ale i Pale Ale z Pivovarna Ressel,
Mango Bay i Stardust z Mad Scientist
Od lewej: Quantum i Veliki IPA z Pelicona,
Summer Snow z Baruta, Tiger Berry z Next Level Brewing 

Po dwudniowej imprezie pozostało nam tylko złożyć stoisko, zapakować wszystko do busa, porządnie się wyspać i po porannej niedzielnej kawie (znów wśród piwowarów z kilku krajów), mogliśmy wyruszać w podróż powrotną. Ta zajęła nam dobre paręnaście godzin, a najzabawniejszym elementem podróży był ostatni kawałek słuchany w czeskim radiu przed polską granicą. Jeden z najdłuższych metalowych numerów jakie słyszałem w życiu, będący mieszanką wszystkich możliwych nurtów ciężkiego grania. Wydawało się, że zespół nie mogąc się zdecydować na konkretny nurt nagrał taką mieszankę. Niestety - nazwy wykonawcy nie zapamiętałem...

Makro Beer Fest był festiwalem bardzo luźnym i pozbawionym niepotrzebnego hajpu, związanego z piwem. Wysoka kultura wszystkich gości, parę przyjemnych punktów gastro, dzięki którym człowiek nie umierał z głodu, a także dużo pozytywnych emocji zarówno ze strony organizatorów jak i konsumentów kupujących piwo. Dzięki temu mariborski festiwal będzie jednym z tych, które bardzo miło wspominam i już z niecierpliwością wypatruję kolejnej edycji. Fajnie byłoby pojawić się w Mariborze ponownie ;)

P.S. Jako bonus materiał słoweńskiej telewizji dotyczący festiwalu. Szczególnie polecam okolicę pierwszej minuty... http://4d.rtvslo.si/arhiv/porocila/174494006

Mad Scientist









Świetny pomysł na podanie sosu BBQ do Pulled Porka w wydaniu Jailhouse BBQ z Mariboru







0 komentarze:

Prześlij komentarz