Beer Geek Madness 3


Beer Geek Madness to wydarzenie pod każdym względem wyjątkowe. Mnóstwo osobistości, kręte korytarze oraz skryte w mroku pomieszczenia Zaklętych Rewirów, premiery piw z najróżniejszymi dodatkami, wyjątkowi goście zza granicy, a także zmieniający się co edycję bogaty program. Tym bardziej zagubiony byłem, gdy po raz pierwszy przekroczyłem bramy trzeciej edycji Beer Geek Madness. Jak dotąd uczestniczyłem tylko w pierwszej edycji i trzeba przyznać, że przez rok dokonał się naprawdę wyraźny skok jakościowy.

Niemieckie klimaty jakie rządziły lokalem przy Krakowskiej 100 we Wrocławiu były naprawdę ciekawe - większość polskich browarów w swoich specjalnych warkach poszła w kierunku kwaśnego stylu jakim jest Berliner Weisse, ale pojawiło się też kilka perełek jak piwo Chocieburskie z Piwoteki, Imperialne Gose z Brokreacji czy Ziemniaczany lager z Browaru Stu Mostów. Wartym podkreślenia jest nowy system opłat za piwo - żetony zostały zastąpione opaskami, co bardzo skracało czas czekania na swoją kolej, a także czyniło wszystko bardziej wygodnym - w półmroku ciężko jest policzyć kolejne żetony, a co dopiero po kilku degustacjach... Pakiety nie przerażały cenami - najtańszy za 89 zł, który zawierał w sobie standardowe szkło zupełnie wystarczał na cały wieczór dobrej zabawy. 


Bardzo wygodnym rozwiązaniem było podzielenie całego terenu na 3 poziomy - na najniższym lały się polskie piwa oraz odbywały koncerty, które chwilami przypominały przyzywanie diabła z najgłębszych czeluści piekieł, na 1. piętrze oprócz polskich piw można było znaleźć także dużo niemieckiego craftu, strefę gastronomiczną, a także golarzy, fryzjerów i ekipę z malowanymi ręczni koszulkami. Sam sklepik BGM z butelkami został szybko ogolony z najciekawszych piw i około 21:00 na półkach pozostały tylko najcięższe dla portfela kalibry. Jeśli chodzi o strefę gastronomiczną - było smacznie - i tylko to było w porządku. Poza tym jedzenie było dostępne dopiero od 21:00 co powodowało duże kolejki (pomagały jedynie wpychanie się przed innych), posiłki były zimne, porcje też nie były zbyt duże, a ludzie pragnący ratować się przed zgonem dostawali wyszukane smakołyki, co powodowało mały dysonans między tym, czego chciał tłum, a tym co było dostępne. 

Drugim miejscem chaosu był dach Zaklętych Rewirów, gdzie od 23:00 serwowano wyjątkowe piwa zza granicy - dużo Barley Wine, Imperial Stoutów oraz temu podobnych rarytasów. Niestety mało kto orientował się co akurat jest dostępne na kranach, a dopchanie się po swoją próbkę graniczyło z cudem. Z tego wszystkie mi udało się dostać tylko Rött men inte Sött, czyli Raspberry Berliner Weisse z Sahtipaja. To było piwo, które zamiotło wszystkie pozostałe pod dywan - aromat świeżych malin, wyraźna pestkowość, przyjemna kwaśność. Bombowe i najlepsze próbowane tego wieczoru.


Z krajowych piw, dla mnie najlepszym było Imperial Hoppy Gose z Brokreacji, które było wyraźnie kwaśne, słodowe i ziołowe, a jednocześnie bardzo orzeźwiające i z bardzo wyważonym akcentem soli. Nepomucen oferował American Lagera z dodatkiem jagód, który w aromacie charakteryzował się przyjemną kwiatowością, a w smaku solidną goryczką i przyjemną słodowością. Nie był to jedyny lager dostępny tego wieczoru - Browar Stu Mostów zaproponowało lagera zacieranego z fioletowymi ziemniakami, ale ciężko powiedzieć czy dało to jakikolwiek efekt - piwo było mocno amerykańskie - wyraźnie żywiczne, cytrusowe, z lekko zalegającą goryczką, ale koniec końców też bardzo grzeczne. Mało miało się do hasła imprezy, czyli Push the Boundaries! Very Blood Berliner Weisse Piwnego Podziemia bardzo mi podszedł - wyraziście aroniowy, bardzo kwaśny, a jednocześnie gładki i orzeźwiający. Smoked Berliner Weisse, czyli Cyrulik z Profesji był bardzo kwaśny, z mlecznym akcentem oraz wyraźnie wędzonym, dębowym akcentem na finiszu - bardzo sesyjny i pijalny, tak jak Lodzermensch z Piwoteki - wyraźnie zbożowy, kwaskowy, z dużym akcentem owoców oraz lekką nutą cytrusów. Saison Curry browaru Birbant oferowało dużą gamę przypraw oraz wyrazisty akcent kiełbasy - mi osobiście skojarzyło się z kiełbaskami sprzedawanymi na Mariackiej Tylnej w Katowicach - kto zna ten wie ;) Kwas Delta lekko zawiódł, bo nalany z jednego kranu wyraźnie pachniał kanalizą, natomiast z drugiego był już zgoła odmienny - palony, kwaskowy, z lekką nutą kawy - przyjemny i przez wielu niedoceniony, dla mnie było na średnim poziomie. Na koniec został Porter z kajmakiem z Browaru Hopium, który pachniał masą krówkową, mleczną słodką kawą, a smaku był lekko wodnisty, wyraźnie czekoladowy i słodki. Na Kraftwerk i Doctor Brew nie starczyło czasu, bo trzeba było gnać po niemieckie specjalności. Jak widać poziom wszystkich premier był bardzo wysoki i wyrównany. Ciężko było wybrać najlepsze piwo, bo każde było oryginalne na swój sposób - dla mnie najbardziej wyróżniły się Brokreacja, Piwoteka oraz Piwne Podziemie. 


Niemieckie piwa oferowały równie wysoki poziom - Viking Gose z dodatkiem wędzonej soli miało bardzo przyjemny, oscypkowy aromat i smak, lekki akcent kolendry oraz przyjemnie musowało w trakcie degustacji. Na wyróżnienie zasługuje też klasyczny i bardzo wyważony Pilzner z Schoppe Bräu oraz Black Flag Stout - Imperial Stout z tego samego browaru. Z kolei RIS z BrauKunstKeller był niestety dość mocno alkoholowy, jednak dało się wyczuć w nim przyjemną paloność, akcenty suszonych owoców oraz mocną goryczkę kojarzącą się z bardzo mocną kawą. Zaskoczeniem było pojawienie się Herr Axolotl czyli piwa kooperacyjnego AleBrowaru i BrauKunstKeller - niestety czas wyraźnie zaznaczył piętno na tym piwie - w aromacie przewijała się chmielowość połączona z akcentem mokrej ścierki, który pojawiał się także w smaku razem z łodygową, zalegającą goryczką. Bayerisch Nizza Wheat Pale Ale oferowało przyjemną cytrusowość i pszeniczność w aromacie i było bardzo lekkim orzeźwiającym piwem. Najbardziej jednak czarowały dwa piwa - Ritterguts Gose, które było świetnie ułożone, przyjemnie kwaśne i słone jednocześnie (idealny wyznacznik stylu) oraz Methusalem z The Monarchy - uwarzony w zapomnianym stylu Adambier - w smaku bardzo zbożowy, z akcentami suszonych owoców, pumpernikla i ciemnych słodów - 10% alk. nie było w najmniejszym stopniu wyczuwalne. 


Kolejna edycji Beer Geek Madness przeszła do historii jako bardzo udana. Najbardziej cieszyły spotkania z licznym gronem znajomych oraz świetny, niepowtarzalny imprezowy charakter wydarzenia. Nie pozostaje nic jak tylko podziękować organizatorom i polecić poprawę gastronomii, a także pozdrowić wszystkich Beer Geeków tworzących to wyjątkowe w naszym kraju wydarzenie. I oby poziom piw utrzymał się przez kolejne edycje... ;)





















A tak impreza wyglądała w okolicach 2:00 ;)


0 komentarze:

Prześlij komentarz