III Śląski Festiwal Piwa


Podobnie jak w poprzednich latach, na rozpoczęcie sezonu wakacyjnego, na katowickim Rynku odbył się Śląski Festiwal Piwa. Lokalizacja w samym centrum Katowic, zdaje się skazywać tego typu wydarzenia na sukces. Okazuje się, że nie jest jednak tak kolorowo. Zwłaszcza jeśli chce się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, a to jak pokazał miniony weekend, niekoniecznie prowadzi do sukcesu.

III edycja Śląskiego Festiwalu Piwa była zapowiadana już od paru miesięcy. Wydarzenie w mediach społecznościowych pojawiło się z odpowiednim wyprzedzeniem i... zapadła cisza. Organizatorzy do ostatnich tygodni przed festiwalem nie przekazywali jakiejkolwiek informacji dotyczącej wystawców, dokładnych godzin trwania wydarzenia, a także dodatkowych atrakcji. To z pewnością było powodem rezygnacji kilku browarów z udziału w festiwalu. Ostatecznie katowicki Rynek został podzielony na dwie części - w jednej funkcjonowała "strefa kibica" przygotowana na Mistrzostwa Świata, w drugiej przez 3 dni pojawiły się stoiska browarów. I teraz kuriozum! Zarówno "strefę kibica", jak i festiwal organizowała ta sama firma i w obu tych miejscach równocześnie można było kupić piwo. Z tą różnicą, że na festiwalu ceny kształtowały się od 8 zł w górę, a w "strefie kibica" lany był Tichauer za 6 zł. Czy jest lepszy sposób na zniechęcenie do próbowania droższych piw na odbywającym się tuż obok festiwalu?


Przechodząc do pozytywów III edycji Śląskiego Festiwalu Piwa. Pojawiły się foodtrucki - w dość ograniczonej liczbie, ale jednak oferujące co nieco ciekawego. Moim gustom najlepiej sprostały makarony od Pasta Truck, a najlepszym marketingiem popisał się foodtruck z zapiekankami, który oferował "40 cm rozkoszy w twoich ustach". Całe szczęście - pojawiły się również ławeczki, tak by goście festiwalu nie musieli korzystać z tych stojących w "strefie kibica". Przegląd Kapel Studenckich chwilami umilał czas, a chwilami przeszkadzał - zwłaszcza, że prowadząc niektóre rozmowy trzeba było do siebie krzyczeć, by cokolwiek zrozumieć. 

Największym plusem wydarzenia okazał się leniwy, chill-outowy klimat oraz szerokie grono znajomych, które jak zawsze dopisało swoją obecnością. Powtarzając do znudzenia, że festiwale tworzą ludzie - dobre wrażenie po Śląskim Festiwalu Piwa niemal w 100% stworzyli ludzie - lokalni piwowarzy rzemieślnicy, piwowarzy domowi oraz Katowicki Projekt Piwny. 


Wśród spróbowanych na festiwalu piw największe wrażenie zrobiły na mnie - Double Szombierki z Redena smakujące niczym poranne espresso, 1,5-roczny Kosmodrom (również z Redena) smakujący jak czekoladowe pralinki, Green Zebra z Foundersa, dzięki czemu w końcu zrozumiałem "legendarność" tego piwa, Weizen ze Spółdzielczego, który pokazał że warto czasem sięgnąć po klasykę, a także Dioblina z Piekarni Piwa - lekki i orzeźwiający Witbier oraz podarowany mi przez Marka Zwickl - rasowy, charakterny lager z browaru Flotzinger. 




Potencjał dla Śląskiego Festiwalu Piwa wciąż jest duży. Miejsce takie jak katowicki Rynek, a także szeroka reprezentacja lokalnych browarów są niemal gwarantem sukcesu. Trzeba tylko zwrócić uwagę na odpowiednie przygotowanie, a zwłaszcza rozreklamowanie festiwalu, a nie traktować go jako jeden z punktów do "odhaczenia" na liście corocznych imprez. Gdyby nie tak dobra lokalizacja, przez którą przewija się mnóstwo osób, festiwal można by spisywać na straty. Liczę, że za rok spotkamy się na kolejnej edycji Śląskiego Festiwalu Piwa, a organizatorzy postarają się powiesić na mieście trochę plakatów oraz rozgłosić szerzej pojawienie się takiego wydarzenia, bo w tym roku było z tym naprawdę kiepsko...










0 komentarze:

Prześlij komentarz