Artezan - Samiec Alfa


To zadziwiające jak różne miejsca zmieniają swoje oblicze podczas każdej z pór roku. Zachęcony dużymi przymrozkami oraz całkiem przyzwoitą pogodą, postanowiłem wybrać się po raz kolejny nad pobliski Zalew Chechło, który tym razem ubrany był w śnieżną, zimową szatę. Dodatkowo cała powierzchnia zalewu zamarzła, dając okazję do uprawiania łyżwiarstwa oraz ekscytujących wycieczek do miejsc, które normalnie są oddzielone od brzegu wodą. 

Wpakowałem do torby aparat i butelkę Samca Alfa, która kolorystycznie bardzo pasowała do zimowej aury, jaka nas obecnie otacza. Wgramoliłem się w samochód, który po nocy spędzonej w garażu pełny był zimnego powietrza i czym prędzej pojechałem nad zalew. Nie ma się czego obawiać - nie piłem Samca będąc jednocześnie kierowcą - to jednak zbyt wielkie ryzyko. 


Gdy dotarłem nad zalew, panowała tam idealna głucha cisza, co jakiś czas przerywana szuraniem łyż o lodową taflę wody. Tak jak jesienią, tak i teraz mało kogo można było spotkać nad zalewem. Grupka łabędzi przytulona do siebie zimowała pośrodku lodowej powierzchni, wszystkie żaglówki na czas zimy pochowały się w hangarach, a roślinność otaczającą zalew pokrył lekki puch śniegu. Trzęsąc się z zimna przemierzałem kolejne miejsca, cały czas obserwując łyżwiarza - jedyną obecną tam osobę, który z miejsca stał się tamtego dnia symbolicznym Samcem Alfa. Bo kto inny przy -12 stopniach wyszedłby z domu żeby bez kurtki poszusować po jeziorze? Ten tworząc różne układy i pętle na zamarzniętej powierzchni jeziora co jakiś czas pojawiał się i znikał za ciemnymi pniami drzew.


Pomost, który jeszcze jesienią śmiało wbijał się w wody zalewu, teraz potulnie cumował przy brzegu oczekując cieplejszych dni. Rowerki wodne, pamiętające jeszcze lata swojej świetności, teraz lekko przyrdzewiałe leżały na brzegu kilkanaście metrów od pomostu. Panowała cisza i wśród tego wszystkiego tylko ten jeden łyżwiarz wprowadzał jakiekolwiek życie do atmosfery zimowego zalewu. W ciekawszych miejscach wyciągnąłem butelkę Samca Alfa i zrobiłem kilka zdjęć, cały czas chowając zmarznięte ręce w rękawiczki. Jednak w myślach już czułem smak i zapach tego znakomitego piwa, które pamiętałem jeszcze z Warszawskiego Festiwalu Piwa. Na sam koniec przeszedłem jeszcze po tafli lodu przy samym brzegu, by przyjrzeć się dokładniej zielonej łódce, zanurzonej częściowo w wodzie, po czym zwinąłem swoje zmarznięte ciało do samochodu i odjechałem, by w ciepłym miejscu oddać się degustacji tytułowego piwa.


Już przy otwieraniu w całym pomieszczeniu unosił się aromat czerwonych owoców oraz czekolady. Piwo przy przelewaniu było gęste i oleiste, tworząc delikatną ciemnobeżową pianę, która wkrótce znacząco się zredukowała. Akcenty dominujące w aromacie to przede wszystkim śliwki, wiśnie, a także dużo czekolady - całość wpierw przypominała czekolado pralinki pełne wiśni, by później najść mój nos aromatem kokosu. W smaku była to już czysta poezja - czekolada, kawa, czerwone owoce mieszające się ze smakiem Bounty - kokosu zanurzonego w czekoladzie. Każdy łyk rozgrzewał lekką alkoholową nutą, a wytrawny finisz zostawiał po sobie długi i przyjemny czekoladowy posmak. Piwo wyraźnie treściwe i oleiste, jednocześnie było świetnie pijalne i znakomicie rozgrzało mnie po niecałej godzinie spędzonej na mrozie. 

A w moich myślach cały czas pozostawał łyżwiarz tnący ostrzem swoich nart wzory na zamarzniętej tafli zalewu... 









0 komentarze:

Prześlij komentarz