Przystanek Woodstock 2014



W tym roku, po całych dwóch latach przerwy, postanowiłem powrócić do Kostrzyna nad Odrą. Mój pierwszy Woodstock to rok 2010 - wtedy dzięki temu festiwalowi poznałem muzykę Jelonka, zobaczyłem jak to wszystko wygląda i mimo że w pierwszym momencie szok był duży to już rok później znowu pojechałem do Kostrzyna. Całe szczęście, że teraz udało się zebrać też dobrą ekipę - bo to jest podstawa idei Woodstocku - spotkanie ze znajomymi. Tak więc wesoła paczką Piwnej Zwrotnicy i Piwnych Podróży pojechaliśmy razem na najbrudniejszy i najbardziej zatłoczony festiwal w Polsce. 

Po drodze odwiedziliśmy Widawę, gdzie akurat Wojtek Frączyk i Tomasz Kopyra warzyli piwo na sierpniowe Beer Geek Madness, które odbędzie się we Wrocławiu. Krótka wizyta, zakup dobrego piwa i pomknęliśmy do Wrocławia by tam spotkać się z Bartkiem Napierajem - wszak dobre piwo na dobry festiwal musi być. Po drodze chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Zieloną Górę, ale pora niestety na to nie pozwalała - do Kostrzyna dojechaliśmy na 2 w nocy i przy dużej ilości ciekawych epitetów oraz światłach samochodu zabraliśmy się za rozkładanie namiotów. Było to całkiem przyjemne bo zza góry słychać było jeszcze końcówkę koncertu Kamila Bednarka, a multum samochodów ustawionych przy ulicy świadczyło o frekwencji pierwszego dnia Woodstocku.


Kolejny dzień, czyli piątek, przywitał nas żarem już od samego początku dnia. Było gorąco, a słońce nie dawało ani chwili wytchnienia - dodatkowo w bagażniku grzał się spory zapas piwa, więc trzeba było zabrać się za szybkie opróżnianie butelek. Na start poszła Polka Pils - jeden z lepszych polskich pilsów - fajnie chmielowy i lekki, po nocy był jeszcze całkiem chłodny, ale kolejne piwo, czyli Pomorzanin oprócz nudy wiał także ciepłem, co nie wpływało za dobrze na samopoczucie. Do tego doszło jeszcze zakupione w Widawie Squaw, czyli lekkie IPA i można było wyruszać na podbój woodstockowego pola. 


 Z rana najlepsza jest woda spod ogórków ;)


O tym miejscu można napisać wiele - kurz, brud, dużo śmieci, dużo ludzi z tabliczkami typu "Free hugs" lub "Jeśli się masturbujesz to się uśmiechnij." Ja wychodzę z założenia, że jeśli pojedziesz na Woodstock, to później nic Cię już nie zdziwi. Faceci przebrani za krowy, banany, panny młode, do tego Bieg Golasów, Parada Zombie czy słynne już jedzenie od Kryszny, które bądź co bądź smakuje całkiem nieźle. Dużo pozytywnych rzeczy i nawet widok kilku porządnie "naprocentowanych" ludzi nie psuje obrazu całości. Do Kostrzyna trzeba przyjechać, żeby zobaczyć jak to wszystko wygląda i dopiero później można o Woodstocku mieć swoją opinię. 




My bawiliśmy się świetnie przy koncertach Tabu, Lao Che, Jelonka czy Acceptu. Do Allegro niestety się nie dopchaliśmy, bo Diabelskie Koło spowodowało całkiem sporą kolejkę. ASP z roku na rok się coraz bardziej rozrasta, więc tym byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A Lech - hmmm, ciężko coś napisać - ważne że w tym upale był mokry i zimny, smaku ani zapachu nie miał żadnego, już wersja Shandy oferowała lepsze orzeźwienie niż wersja podstawowa. Nam przy scenie towarzyszyły butelki z Rowing Jackiem, King of Hopem czy Black Hope, które niestety szybko się skończyły.


 
Sobota z kolei przyniosła niespodziankę, bo przy okazji przestawiania samochodu do cienia odkryliśmy, że w nocy jadąc na Woodstock przejechaliśmy nietoperza - dokładniej wpadł on do wlotu powietrza do chłodnicy. Mieliśmy więc szybką akcję ratunkową i równocześnie szybki pogrzeb, ale przynajmniej jest co wspominać. 

Dodatkowo zaistnieliśmy na Woodstocku nasza flagą, która kilka dni przed wyjazdem była skrzętnie malowana i przygotowywana. Znajdziecie ją m.in. na tych filmach: http://kreciola.tv/video/102395757http://kreciola.tv/video/102344946, http://kreciola.tv/video/102344943. Pochmieleni ludzie zapisali się w historii Woodstocku, a za rok na pewno zrobimy jeszcze lepszą i jeszcze wyższą flagę.

 fot. kreciola.tv

W drodze powrotnej wpadliśmy jeszcze na chwilę do Świebodzina, by o 6 rano wyrwać z łóżka Piwnego Brodacza i spotkać się z nim przy sławetnym pomniku. Radości było co nie miara, a droga powrotna po takim spotkaniu aż lepiej mijała. 


Styrani, ubrudzeni i zmęczeni wróciliśmy do domu, ale i tak wiemy, że za rok znów wybieramy się na Woodstock. To miejsce, mimo że nie oferuje żadnej wygody i komfortu, pełne jest ciekawego i niezwykłego klimatu. I naprawdę warto tam przyjechać i trochę naładować akumulatory! ;)



4 komentarze:

  1. Kto się wybiera, ten się wybiera;P ja chyba zostanę przy swoich filmowych melanżach;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Wami pojadę, ale niekoniecznie na Woodstock:D

      Usuń
  2. Brutalnie, ale dobitnie i prawdziwie o Woddstocku ;) ja bym jeszcze dodał, że jak raz pojedziesz to prędzej czy później zechcesz wrócić :D

    OdpowiedzUsuń