Górska wyprawa z plecakiem pełnym piwa


Za ten wpis miałem się zabrać trochę temu. Patrząc na datę przy zdjęciach - 26 kwietnia, można uznać że trochę czasu już minęło. Dlatego nie zwlekając - zapraszam na prześledzenie naszej górskiej wycieczki z Tomkiem z Piwnych Podróży oraz plecakiem pełnym piwa. 

Do Węgierskiej Górki, skąd wyruszyliśmy w góry, dotarliśmy pociągiem z Katowic. Razem z Tomkiem po wyjściu z dworca PKP skierowaliśmy się w stronę szlaku. Miał z nami iść także Marcin "Słoń", ale z różnych powodów nie dał rady. Za nasz cel tego dnia obraliśmy sobie Halę Boraczą. Wpierw idąc w kierunku Żabnicy natrafiliśmy na stado owiec - nawet nie wiecie jaka była nasza radość... Łaaał, owieczki - tak może zareagować tylko osoba z miasta, która zamiast owiec widzi tylko wszędobylskie gołębie siedzące nad brudną rzeką. Po krótkiej sesji zdjęciowej, skierowaliśmy się w stronę Fortu Wyrwidąb, który przez dłuższy czas ukrywał nam się za górą i nie mogliśmy go znaleźć. Gdy już do niego dotarliśmy, nie odmówiliśmy sobie szybkiej wycieczki na górę i podziwiania widoków. Uznaliśmy że może już pora na pierwsze piwo, ale potem zdecydowaliśmy że to jednak zbyt wcześnie. 




Dalej kierując się w stronę Żabnicy dotarliśmy w końcu do Palenicy - pierwszej poważniejszej góry na naszym szlaku. I tak postanowiliśmy zrobić pierwszy postój. W ruch poszły piwa domowe od Słonia niesione w plecaku Tomka. Spróbowaliśmy piw takich jak Milk Stout, Pils i Foreign Extra Stout - wszystkie po ciężkim podejściu smakowały znakomicie. W trakcie naszego odpoczynku zaczęły się powoli zbierać chmury zwiastujące deszcz, który całe szczęścia nas tego dnia nie dosięgnął. Lekki stres pojawiał się tylko przy pomrukach burzy dochodzących zza okolic Romanki. 




Po dość szybkim zebraniu się poszliśmy dalej w kierunku Prusowa, by po kilku podejściach i zejściach dotrzeć do Hali Boraczej. Przy okazji po drodze znaleźliśmy butelkę Viva la Wita leżącą w krzakach - jak widać Pinta dociera nawet w góry. Przy schronisku nadeszła pora na drugi postój - zamówiliśmy sobie pierogi i rozłożyliśmy na ławce piwa. Old World IPA i Bourbon Baby z BrewDoga, Grozet z Williamsa oraz domowy Dry Stout Słonia towarzyszyły nam w zasłużonym odpoczynku. IPA była znakomita - ziołowo-ziemisty charakter angielskich chmieli pozwolił na oderwanie się od ciągłej mody na amerykańskie cytrusy. Bourbon Baby z nutami wanilii także było świetne, choć mi przeszkadzała lekka popiołowość. Grozeta nie warto komentować - słabe piwo, nikomu nie smakowało. Dry Stout na Marynce był bardzo dobrym zwieńczeniem tego dnia. Po machnięciu kilku pierogów z mięsem oraz kilku kawałków domowego ciasta zebraliśmy się na powrót w kierunku Milówki - za nami pobrzmiewała już lekko burza. 








Zejście nie zajęło nam zbyt dużo czasu, a lody brzoskwiniowe kupione później w Milówce smakowały idealnie. Po krótkiej wizycie u Słonia i uzupełnieniu zapasów domowego piwa wróciliśmy do Katowic i dalej do domu. Wycieczka była bardzo udana - duuuże podrowienia dla Tomka i Marcina - i już czekamy na kolejną górską wyprawę.

2 komentarze: